Vitam curare


Forum Vitam curare Strona Główna -> Powołania -> Jak to bywa
Napisz nowy temat  Odpowiedz do tematu Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat 
Jak to bywa
PostWysłany: Czw 14:43, 09 Lip 2009
Hyalma
Ukiszony
 
Dołączył: 07 Lip 2009
Posty: 116
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 1 raz
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Moskwa
Płeć: Kobieta





Nieco napiszę o tym jak to ze mną było.

Zamierzałam napisać tylko o franciszkanizmie, ale historia wyszła bardziej ogólna, bo to wszystko nie da się rozdzielić.

Gdy miałam 21 rok (jeśli dobrze policzyłam) tak wyszło że po kolei oglądałam film muzyczny o św. Franciszku, zwiedziłam Asyż i przeczytałam książkę o św. Franciszku. To wszystko tak na mnie podziałało że strasznie zachciało mi się do klasztoru - do klarysek. Ale nie byłam nawet chrzczona, nie wiedziałam czy jest Kościół katolicki w Moskwie, i nie rozumiałam jak to wszystko się robi... Kto wie, może gdybym wtedy miała internet, wszystko potoczyłoby się inaczej. Ale internet wtedy jeszcze nie istniał i nie miałam pojęcia gdzie iść i kogo mogłabym zapytać. Co do tego, przez rodziców-agnostyków zostałam wychowana w przekonaniu że Kościół - to dla ludzi którzy są przyzwyczajeni do niego z dzieciństwa, a człowiek z zewnątrz tam nie ma co robić i niczego tam nie będzie rozumiał. No i nie jest potrzebny, bo można wierzyć sobie spokojnie w domu.

Tak porzuciłam tę myśl o klasztoru i nadal "wierzyłam w domu" w przekonaniu że do Kościoła się nie nadaje. Co prawda, jeszcze przez jakiś czas miałam dziwne zachowania: na przykład, w domu był album z reprodukcjami obrazów z galerii Tretiakowskiej. Co wieczór ustawiałam ten album na kanapie, otwierałam reprodukcję ikony Matki Bożej Władymirskiej, i klękałam przed obrazem. Nie modliłam się, bo nie umiałam - po prostu przez jakiś czas patrzyłam. Bo miałam pragnienie czegoś takiego... W końcu ten zwyczaj też porzuciłam i stwierdziłam że będę prowadziła życie jak "wszyscy normalne ludzie". No, prowadziłam. Nie bardzo dobrze mi było, ale usiłowałam nie zwracać na to uwagi. Za 7-8 lat to się skończyło ciężką depresją i pobytem w klinice psychiatrycznej. Zabić siebie nie próbowałam, ale zamierzałam, bo żyć już kompletnie mi się nie chciało.

Dwa lata musiałam się leczyć, w końcu udało mi się wyjść z depresji gdy przeczytałam "Władcę Pierścieni" w języku angielskim Smile Dzięki Tolkienowi znów znalazłam Piękno w życiu - i to zaczęły się dla mnie lata tolkienizmu... Zaczęłam też odtąd rozmyślać o tym co to jest chrześcijaństwo i co to jest wiara, i jak to wszystko działa w naszym życiu. Pewnego dnia na pewnym forum przypadkowo napotkałam na słowa: "Extra Ecclesium salus non est" i jakoś mnie to zabolało. I w końcu poczułam taka straszna tęsknotę, że chcę do Kościoła... i mi było już wszystko jedno czy się nadaję, czy się nie nadaję, postanowiłam że pójdę i przyjmę Chrzest bo inaczej nie mogę. Ale jeszcze gdzieś przez 2 miesiąca nie mogłam zdecydować czy iść do Kościoła katolickiego albo prawosławnego. W końcu, zobaczywszy ogłoszenie w internecie, postanowiłam że pójdę do katedry katolickiej do katechizacji, a jeśli zobaczę że to mi nie odpowiada, to odejdę i udam się do cerkwi. No, a jak przyszłam do katedry, to zrozumiałam że nigdy już stąd nie odejdę bo to "moje" Smile czułam się jakby powróciłam do domu.

Zaczęła się moja katechizacja. Nie myślałam wtedy że po Chrzcie jakoś specjalnie zwiążę mój los z Kościołem - myślałam po prostu że będę chodziła do Mszy w niedziele, będę raz na miesiąc się spowiadała i będę świętowała Boże Narodzenie i Wielkanoc Smile

Ale wyszło tak że gdzieś na 2 miesiąca przed Chrztem (luty 2008) złożyłam ślub codziennego odmawiania różańca. No może nie wypada nazywać to ślubem. To strasznie głupio wyszło. Kot miał niewielkie problemy ze zdrowiem (a może nie miał, ale mi się wydało), byłam przestraszona i powiedziałam w duchu: "Niech nie choruje, a obiecuję codziennie odmawiać różaniec". Odtąd zaczęłam odmawiać codziennie - i nie wiem, może właśnie to było bodźcem, który zmienił moje przyszłe życie. Bo w różańcowych obietnicach mówi się że kto zacznę odmawiać różaniec, u tego życie się zmieni. Niedługo zaczęłam chodzić na Mszy codziennie - bo jeśli nie chodziłam mi strasznie tego brakowało i czułam tęsknotę. I coraz częściej zaczęłam myśleć, że po prostu być praktykującą katoliczką to dla mnie za mało, chcę więcej... Ale nie wiedziałam co ja mam robić. O klasztorze w moim wypadku już nie ma mowy, bo 1) mam za dużo lat 2) jestem jedynym dzieckiem u rodziców 3) mam problemy ze zdrowiem i 4) nawet mimo tego że mi się chce mam uczucie że to nie moja droga. Zaczęłam myśleć o Trzecich zakonach, o konsekracji świeckiej, o salezjaństwie, o ruchach typu "Światło-Życie"... nie wiedziałam gdzie ja mam iść, chociaż najbardziej z tego mi przyciągał Trzeci zakon św. Franciszka. Ale żadnej pewności nie miałam.

W sierpniu zeszłego roku byłam na Sycylii, w maleńkim mieście. Pewnego dnia po południu jak był upał trafiłam do Sanktuarium, gdzie nie było w ten czas nikogo, i przyszło mi do głowy że się pomodlę o powołaniu. Kleknęłam przed ołtarzem i zaczęłam się modlić, by Pan mi co prędzej pokazał moje powołanie. Nie pamiętam już dokładnie, ale odmówiłam chyba cały różaniec. Jak skończyłam to poszłam do wyjścia, i na stoliku koło wyjścia zobaczyłam jedną-jedyną książkę z napisem na okładce: "Idź, twoja wiara cię ocaliła. Franciszkański Zakon Świeckich". No, pobrałam tę książeczkę i rozpatruję to jak wskazówkę Smile Po powrocie do Moskwy poszłam porozmawiać z moim spowiednikiem, i on mi powiedział że skoro chcę do franciszkanów, to niech pójdę co prędzej i żeby nie zwlekać. Następnego dnia przyszłam po raz pierwszy do klasztoru franciszkańskiego.

No to koniec pierwszej części, a w drugiej napiszę jak stało wyglądać moje życie po tym przyjściu, ale tam niewiele będzie...


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez Hyalma dnia Czw 14:52, 09 Lip 2009, w całości zmieniany 2 razy
Zobacz profil autora
PostWysłany: Czw 22:24, 09 Lip 2009
Adancia
Administrator
 
Dołączył: 15 Paź 2006
Posty: 989
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 13 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Dokąd.
Płeć: Kobieta





Jak to bywa...

Zawsze, kiedy opisuję swoją historię, zastrzegam sobie, żeby czytelnik nawet nie próbował doszukiwać się w niej logiki. Bóg nie ma obowiązku logiczny być, a kobieta rzadko jest. Razz

Pisałam, przedstawiając się, że oczarował mnie zanim skończyłam siedem lat. Nie wiem, jak to się stało. Wychowywałam się w bardzo przeciętnej katolickiej rodzinie, w której wymagano ode mnie, żebym codziennie grzecznie odmawiała pacierz - i tyle. Na mszę niedzielną moi rodzice sami nie zawsze chodzili. A On mnie dorwał. Czasem myślę, że dokładnie dlatego, że właśnie wtedy byłam strasznie nieszczęśliwa. Przeprowadziliśmy się do miasta, mnie wyrzucili do przedszkola... o inne kłopoty mniejsza.

Dorwał mnie na tyle skutecznie, że kilkulatek bez żadnego głębszego religijnego przygotowania uświadomił sobie, że Go kocha tak, że bardziej nie można. Od tego faktu do moich pierwszych wieczystych ślubów (nie: do jednego ślubu Smile ) nie zdążył upłynąć rok. Nieważne? Zapewne.

Potem były górki i dołki. Te pierwsze bywały niewiarygodnie słodkie, te drugie w porywach sięgały totalnego buntu, upartego włażenia w różne grzechy, które byłyby ciężkie, gdyby dzieciak rzeczywiście wiedział co wyrabia (nie miałam jeszcze 12 lat...), odchodzenia od sakramentów, odrzucania Kościoła. Stanęło w końcu na Jego, nie na moim. Ale trwało to ładnych parę lat.

Z ciekawych zjawisk i z tego, i z późniejszego czasu, najciekawsze są dwa (pozornie) wzajemnie przeciwstawne: nigdy nie żałowałam tego, co obiecałam (często ten "ślub" ponawiając i cały czas widząc go w Relacji, nigdy jako "obietnicę dla obietnicy", "sposób na życie", "umartwienie się" czy "ułatwienie sobie życia" - ani ja nie byłam tu ważna, ani ślub, tu cały czas byliśmy My Smile ) - i jednocześnie miałam straszną alergię na wszelkiej maści zakonnice. Nigdy zakonnicą być nie chciałam, chociaż rosła we mnie świadomość, że "muszę". Presja środowiska też niemała była. Chyba tak wielka jak protest moich rodziców, kiedy wreszcie oznajmiłam, że wstępuję do klarysek.

Oj, tam się działo... Adancia jako istota uparta na swoim postawiła (hm, czy na swoim? Przecież ja wcale do zakonu nie chciałam...) i do "swoich" klarysek - na próbę - pojechała. Wpuściły mnie za klauzurę, chociaż to wcale nie takie oczywiste...

Próba wypadła dwuznacznie. Wyjechałam, żeby podjąć spokojnie decyzję, przemodlić, wrócić za rok już na zawsze. I nie wróciłam. Oprócz mojej własnej niechęci i oporu rodziców decydującym argumentem była niechęć uciekania. Tak. Bo uświadomiłam sobie, że za klauzurą mi za dobrze, że marzę o niej uciekając przed problemami, przed życiem. Nie chciałam tak.

I wtedy się zaczęło. Z jednej strony wyrzuty sumienia, poczucie, że właściwie to grozi mi wieczne potępienie, że żyję w stanie graniczącym bezpośrednio z grzechem ciężkim, bo "marnuję powołanie". Z drugiej strony mniej lub bardziej otwarta "napaść" ze strony Autorytetów, które koniecznie chciały mnie do tego zakonu wysłać, a teraz dziamały, że "uciekam". Z trzeciej strony strasznie bolesne "dziamanie" innych, że nigdy żadnego powołania nie miałam, bo gdybym miała, to bym poszła. Z czwartej strony kompletny brak jakiejkolwiek pomocy, a nawet zainteresowania. O powołaniach rozmawia się z młodzieżą do lat dwudziestu (zauważcie, nawet w modlitwach o powołania mowa jest tylko o młodzieży), do dorosłych mówi się o problemach małżeńsko-rodzinnych... na rekolekcjach tak zwanych stanowych się nudziłam, spowiednicy nie wiedzieli co ze mną zrobić albo lekceważyli. Przeryczałam po kryjomu jakieś dziesięć lat.

Nie pamiętam już, gdzie i jak usłyszałam o możliwości konsekracji świeckiej. Chyba jakiś artykuł w gazecie, notabene w tonie wyśmiewającym. Popukałam się w głowę, ale próbowałam dowiedzieć się więcej. Nie było łatwo. Powolutku mijały kolejne lata. I jeszcze, gdy w końcu wiedziałam dosyć, rok na decyzję: czy naprawdę tego chcę, czy podejmę wszystkie trudności i czy ewentualnie przeżyję kolejne odrzucenie.

Wiele rozmów z mądrymi ludźmi. Wielka radość na początku - i ból, kiedy okazało się, że mam tak pokręconą psychikę, że najprawdopodobniej nic dobrego ze mnie już nie będzie. Że nie dam rady. Potem mozolne zmienianie wszelkich możliwych koncepcji i planów, odchodzenie od siebie, od swoich pomysłów na siebie. Straszne.

Chwilowo siedzę w pustce. Ciągle jest marzenie - ale właśnie: jako marzenie, które On, jeśli zechce, spełni - nie jako plan, który będę wszelkimi siłami według wymyślonego przeze mnie scenariusza realizować. Jest ból, bo jest i świadomość, że trzeba by mi było cudu, żeby to wszystko we mnie wyleczyć, wyprostować. I jest zmaganie, bo dopóki nie usłyszę otwartego, jednoznacznego "nie", ciągle - jakkolwiek to dla mnie trudne - próbuję.

Na razie nikt mi "nie" nie powiedział, ale do "tak"jest mi nieskończenie daleko. Może aż tak daleko jak do Nieba, nie wiem.


Post został pochwalony 0 razy
Zobacz profil autora
PostWysłany: Sob 15:43, 11 Lip 2009
Hyalma
Ukiszony
 
Dołączył: 07 Lip 2009
Posty: 116
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 1 raz
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Moskwa
Płeć: Kobieta





To część druga - jak to teraz ze mną jest.

W sierpniu, jak pisałam, nawiązałam kontakt z franciszkanami, a w styczniu tego roku zostałam oficjalnie przyjęta do postulatu.

Praktyki religijne: jako członek FZŚ mam obowiązek brać udział w Mszy św. co najczęściej (w miarę możliwości), odmawiać Liturgię Godzin, często czytać Ewangelię, uczestniczyć w spotkaniach i nabożeństwach wspólnoty. To wszystko robię. Ale robiłabym to wszystko (oprócz spotkań) i tak, nie będąc franciszkanką. Bo mi się chce. W zasadzie nic specjalnie franciszkańskiego w tej dziedzinie nie robię, jeśli nie liczyć chodzenia do Mszy i nabożeństw klasztornych. No może jeszcze to że odmawiam czasem różaniec franciszkański Smile

Formację rozpatruję nie tylko jak to co nam dają w klasztorze i czytanie literatury formacyjnej, ale jak wszystko co ze mną w życiu religijnym się dzieje: prywatne modlitwy, Adoracje, Żywy Różaniec, spotkania grupy ewangelicznej, lekcje w Szkole Biblii...

Działalność praktyczna. Mam niewielki wolontariat, którego nie wybierałam, ale to samo na mnie trafiło Smile Obecnie to: bawić chorych dzieci w szpitalu i pomagać niewidomemu człowieku (zakupy i inna drobna pomoc). Na to bym nie zdecydowała, nie będąc w zakonie, bo pracy która wymaga kontaktów z ludźmi zwyczajnie się boję. Ale jak spróbowałam, to okazało się że nie jest aż tak strasznie.

Co do tego, mam jeszcze tłumaczyć materiały formacyjne FZŚ z polskiego, bo je nie ma w języku rosyjskim.

Tak to wygląda na dzień dzisiejszy. Nie wiem jak to się potoczy dalej - czy dożyję do ślubów w FZŚ, czy skręcę na inną drogę, czy odejdę (albo mnie wyrzuci)? Czas pokaże. Ale w każdym razie to co było, już było, i to już jest "coś". Myślę że to było akurat to "coś" którego potrzebowałam. Co do reszty, niech dzieje się wola Boża...


Post został pochwalony 0 razy
Zobacz profil autora
PostWysłany: Sob 23:14, 11 Lip 2009
Adancia
Administrator
 
Dołączył: 15 Paź 2006
Posty: 989
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 13 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Dokąd.
Płeć: Kobieta





Smile

Zastanawiam się, czy to, w czym siedzę, można w ogóle nazwać formacją. Nie mam żadnych obowiązków, mam tylko zalecenia. Codzienna Msza, Liturgia Godzin, różaniec, koronka do Miłosierdzia, chwilka nad Pismem Świętym. Jeśli czas pozwala, co na ogół tak raz na tydzień się udaje, częściej krótsza niż dłuższa adoracja. Lektura mądrych tekstów, które na razie wybieram sama na własną odpowiedzialność, ponieważ co mogłam dostać z dawno temu otrzymanej listy, to już przeczytałam. Powinnam przysiąść do tekstów Ojców Kościoła znowu, ale to jest tylko w sieci, po angielsku i po łacinie Razz - i trochę nie do końca mi się chce. Systematyczna comiesięczna spowiedź, uczestnictwo w rekolekcjach. Solidne traktowanie pracy zawodowej. Tyle zaleceń.

Najgorzej mi wychodzi z różańcem, bo to wymaga strasznej systematyczności i sporo czasu. Bardzo trudna jest dla mnie systematyczna spowiedź. Nawet nie ze względu na jakieś tam specjalne opory, tylko przefruwają mi te miesiące w kosmicznym tempie...

Formację (ewentualną) rozpatruję jednak wcale nie przez pryzmat tego, o czym powyżej, a przede wszystkim przez kolejne fakty mojego życia. Nawet takie nieznaczące, jak padający deszcz, skrzeczące kawki, czyjś uśmiech, jakieś słowo, tak zwany "zbieg okoliczności"... Może to głupie, ale czuję się w tym tak, jak pewnie czuły się te druhny z ewangelii oczekując na Pana Młodego - nasłuchiwały Go pewnie w każdym szeleście, wypatrywały Go w każdym przechodzącym, domyślały się Go we wszystkim, co się wydarzało.

Tak to wygląda na dzień dzisiejszy. Smile Nie wiem, czy i jak się to potoczy dalej, ile razy jeszcze koncepcja formacji diametralnie się zmieni, ile to będzie trwało, czy nie zdążę wcześniej umrzeć Razz ...


Post został pochwalony 0 razy
Zobacz profil autora
PostWysłany: Nie 16:20, 11 Paź 2009
Adancia
Administrator
 
Dołączył: 15 Paź 2006
Posty: 989
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 13 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Dokąd.
Płeć: Kobieta





Śmieszne to, ale dopiero dzisiaj sobie przypomniałam, że to właśnie dzisiejsza ewangelia (Mk 10,17-30) o bogatym młodzieńcu "prześladowała" mnie przez ostatni rok liceum - tak dokumentnie, że (pamiętam to) na niej nauczyłam się angielskiego słowa "sell" - sprzedać, Wink bo tłumaczyłam ją samodzielnie na angielski... tak dalece nie dawała mi spokoju.

Pamiętam, siedziałam w swojej szkole w pracowni chemicznej, na takim okrągłym, kręcącym się stołku, i powtarzałam w myśli (w sercu?) te właśnie słowa. Bojąc się straszliwie, przekonana, że "idź i sprzedaj, rozdaj, a potem chodź" może mnie wołać tylko do zakonu (o innych ewentualnych opcjach nie było mi nic wiadomo) - a na to nie miałam ani miligrama ochoty. Razz

Teraz, po latach, ciągle pamiętam potęgę tego hm wzywania - przy całej mojej niezdolności, by posłuchać, przy całej wtedy niemożliwości usłuchania go...


Post został pochwalony 0 razy
Zobacz profil autora
PostWysłany: Czw 21:30, 28 Lip 2011
Adancia
Administrator
 
Dołączył: 15 Paź 2006
Posty: 989
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 13 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Dokąd.
Płeć: Kobieta





garść wspomnień, na które mnie wzięło - z pomocą bardzo starego pamiętnika...

Nie, nie wpuściły mnie za klauzurę od razu. Najpierw wiele, wiele listów. Potem paręset kilometrów pociągiem. Potem ucieczka z kościoła, gdy usłyszałam, jak śpiewają w chórze - i dłuuugie, długie zbieranie się, by wrócić. I dzwonek na furtę.

Jeszcze cały dzień na rozmównicy. Krata wcale nie straszniejsza niż to, co wystraszeni niegodziwością świata ludzie montują sobie na balkonach. Msza na "ludzkim" kościele, posiłki w towarzystwie normalnego Razz księdza, już wyznaczone łóżko w pokoju gościnnym - a przed wieczorem, ni z tego, ni z owego - wejdź.

Wchodzę. Każą całować podłogę, przebierają w spódnicę, prowadzą do chóru - wszystko może w minutę. Druga strona rzeczywistości - jak drugi kościół schowany za ołtarzem, niewidoczny ze "strony pierwszej", zabudowany, w ścianie dwa okienka - jedno wysoko nad głową, w nim monstrancja z Najświętszym Sakramentem, drugie z boku, nisko. Przez to drugie można by oglądać świat, gdyby się miało ochotę. A ochoty akurat nie ma - bo to okienko, przez które podają Komunię. No więc co tam cała reszta, w takiej chwili.

Z drugiego boku jest jeszcze zakratowane "wyjście" na konfesjonał. Znaczy, klęcznik i kratka - konfesjonał jest Po Drugiej Stronie Rzeczywistości.

Klasztor nowoczesny, pokoiki (celki?) malutkie, jednoosobowe, czyste. Łazienki z prysznicami w ilości dostatecznej dostępne z korytarza. Moje okno wychodzi na czyjeś podwórko. Łóżko chyba lepsze niż to w domu, na ścianie duży krzyż. Szafa, stolik. Tyle.

Rano o 5.20 kołatka - to wstają siostry po ślubach. 5.40 - dzwonek zwołujący je na pierwszą modlitwę. O 6.00 stanowcze pukanie do drzwi budzi nowicjuszki. Pod wejściem na chór zbieramy się w milczeniu o 6.30. Każda, nim zajmie swoje miejsce w szpalerku, na chwilkę przyklęka - tam, za drzwiami, jest On. Na drzwiach klepsydry przypominające o tych, które już odeszły...

Dwójkami wchodzimy do chóru. Każda przyklęka, całuje podłogę (a gdyby to Twoje stopy, Panie?), odchodzi na swój klęcznik. Brewiarz: Wezwanie, Jutrznia. Ciągle śpiewam kantyk Zachariasza na tą melodię... O 7.00 Msza. Po niej Hora tertia - i wychodzimy dwójkami, szybko, sprawnie, marszowo. Niezakonnie. Zostają dwie, jak na warcie. Będziemy się w ustalonym porządku zmieniać co godzinę, w nocy co dwie.

A my na śniadanie. W refektarzu siedzi się "po starszeństwie" - znaczy ja na samym końcu. W dużej szufladzie stołu mam talerz, sztućce, ściereczkę. Przed posiłkiem wspólna modlitwa, czytanie w wykonaniu siostry lektorki, po posiłku każda zmywa po sobie w refektarzowym zlewie, naczynia wracają do szuflady. Modlitwa indywidualna, rozchodzimy się. Do 8.30 czas dla siebie.

Praca do 11.40 - wszystko, od kwaszenia ogórków do haftowania bielizny kielichowej. O 11.40 wracamy na chór. Hora sexta, Koronka do Bożego Miłosierdzia - na kolanach z rękami w górze, to całkowicie wykonalne - i na obiad. Z refektarza wychodzimy recytując psalm pokutny. Zmiłuj się nade mną, Boże, w łaskawości swojej... Dochodzimy do chóru. Godzina czytań. Nim skończymy, będzie trzynasta.

Do czternastej rekreacja, czyli wyszywamy ornaty, stuły, wszelki "sprzęt" liturgiczny rozmawiając, śpiewając, biegając po tzw. "nowicjacie" albo rwąc owoce w ogrodzie. My pracujemy razem, starsze siostry podobno siedzą w swoich celkach... O 14.00 nona w chórze, a potem Cisza. Dalej pracujemy - teraz bez słowa, w niezbędnych sprawach komunikując się niewerbalnie. Przed szesnastą "czytanie" w nowicjacie - "lecą" teksty z kategorii nabożnych, formacyjnych. Nikt tu niczego nie tłumaczy, nie wyjaśnia, nie wykłada zasad - w razie potrzeby podpowiedzą, pokażą, każą naśladować. Żyjesz, uczysz się - jak w rodzinie.

Wpadamy na chwilę do refektarza, pojedynczo, po dwie, żeby coś przekąsić - i niemal natychmiast do chóru. 16.15. Nieszpory, różaniec, druga Msza. Traktuję ją trochę jak nagrodę... Chwilka modlitwy po Mszy i schodzimy na kolację. Potem znowu rekreacja, czyli wyszywam kolejne ornaty, prowadzę rozmowy, usiłuję śpiewać. Smile Kompleta w chórze o 20.00. Czas dla siebie - można się modlić, można sprzątać, można i popracować. O 21.00 czasem jeszcze jakaś nowenna, albo nabożeństwo przed jakimś nadchodzącym świętem, bywa, że odśpiewywana w ogrodzie. I spać.

Na nocne czuwania budzą słowami "Adorujmy z Maryją..." "Regulaminowa odpowiedź powinna brzmieć "...Przenajświętszy Sakrament". Powtarzamy zresztą te same słowa o każdej pełnej godzinie, jeśli akurat nie jesteśmy w chórze. Powinny być wryte w pamięć, w serce - a mimo to może lepiej nie powtarzać, co wygadują siostry nowicjuszki podczas budzenia. Smile)) "Mamo, nie, dziś mam na dziewiątą..." - to dość popularny odzew. Smile)) Nocna adoracja - ta ukochana - trwa dwie godziny. Można zgasić światło - lśni tylko to górne okienko, w nim On. Kościół z drugiej strony zamknięty. Świat śpi...

Wyjeżdżałam przekonana, że wrócę. Zachodziło słońce. Pociąg-taradajka wybijał rytm myślom, planom, marzeniom. Nie wróciłam, tak zdecydowaliśmy - Oboje. Tak, czasami tęsknię. Kiedy nie mogę spać, bywa, wysyłam Mu serce przez te paręset kilometrów, pod tamtą monstrancję. Wiem, że tam Jest dzień i noc - i one są, także dla mnie i za mnie. Może po to, żebym zawsze mogła - przez odległość - chociaż marzeniem wpaść na adorację.


Post został pochwalony 0 razy
Zobacz profil autora
PostWysłany: Nie 13:43, 31 Lip 2011
Adancia
Administrator
 
Dołączył: 15 Paź 2006
Posty: 989
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 13 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Dokąd.
Płeć: Kobieta





zakonny mitoburca przemówi Razz
oj, bo osłuchałam się trochę tych zakonnych mitów w ostatnich dniach w karmelu... Zresztą, słyszeliście je chyba wszyscy, zna je każda dziewczyna rozważająca powołanie zakonne - już tam cała rodzinka skutecznie jej opowie o spaniu w trumnach, sadzeniu róż (w innej wersji kapusty) korzeniami do góry, czyszczeniu schodów masłem i podobnych przyjemnościach. Ile w tych mitach prawdy? Eeee... trochę Razz. Niewiele. Są też inne zakonne mity, w tym kompletnie nieprawdziwe.

Pierwsza sprawa (która strasznie mnie zbulwersowała wczoraj): że do zakonu idzie się "za pokutę", "za karę" (wszystko jedno, za własne czy cudze grzechy) i że siostry (zwłaszcza klauzurowe) na pewno są nieszczęśliwe (bo jakże _tak_ się umartwiając mogłyby być szczęśliwe?). Pudło. Całkowite. Za żadną pokutę, za żadną karę - chociaż, może rzeczywiście dla pokuty, o ile przyjmiemy właściwą definicję pokuty = oddanie siebie w miłości, by wynagrodzić Umiłowanemu za jakieś zło, które zostało Mu wyrządzone.

Czy siostry klauzurowe są szczęśliwe? Jak każdy. Oczywiście, że nie są szczęśliwe 24 godziny na dobę 365 dni w roku. Oczywiście, że czasami płaczą, tęsknią, czasami nic im się nie chce, są zmęczone, odbijają im hormony... Oczywiście, że czasem są tak szczęśliwe, że wydaje im się, że świat istnieje tylko dla nich, może dla tej jednej chwili. Czyli, generalnie mówiąc, norma.

Czy klauzura jest nudna? Hm. Powiedziałabym, że nie jest nudniejsza niż w miarę uporządkowane życie normalnego, odpowiedzialnego "cywila" - człowieka, który ma rodzinę (i spełnia co dzień obowiązki wobec niej) i pracę (i też codziennie spełnia w niej obowiązki). Szalone życie rozbujanego artysty Smile zapewne jest mniej monotonne.

Czy do klasztoru idzie się, bo nienawidzi się świata (na przykład z powodu zranień/niepowodzeń, na przykład miłosnych)? Nie. Chociaż, bywa, że i od tego się zaczyna - Pan Bóg prowadzi najróżniejszymi drogami. Ale generalnie żeby wytrzymać w zakonie (zwłaszcza zamkniętym) trzeba bardzo kochać świat. Klauzura też jest światem w miniaturze - pełnym ludzi, zwierząt i roślin, świat wcale nie zostaje za klasztorną bramą. A nienawiść noszona w sercu zabija - czy za klauzurą, czy w normalnym życiu.

Czy życie zakonne polega na umartwianiu się i modlitwie od rana do nocy? Hm. Na pewno jest to życie nielekkie - ale porównując, nie jest ani lżejsze, ani twardsze od przeciętnego życia przeciętnego odpowiedzialnego cywila z rodziną i pracą. Jest inne. Inne są umartwienia mądrej, kochającej matki wiecznie chorującego dziecka, inne są umartwienia (na przykład klauzurowej) zakonnicy. Szczerze to mi w karmelu żyje się łatwiej niż w codziennym cywilnym życiu. I tu, i tu dzień wypełnia praca, są różni (nieraz trudni) ludzie, różne sytuacje.

Wiele zależy też od rodzaju zakonu. Smile Trzeba liczyć się z tym, że niektóre zakony są sobie i są już od tysiąca, na przykład, lat - i pewne aspekty reguły od tego czasu się nie zmieniły, choćby w najgłupszych sprawach, jak mycie się, jedzenie, spanie. I ubiór. Nie wszystkie habity są wygodne. Razz Pisząc to, mam na myśli cały zespół czynników, który nazywany jest duchowością konkretnego zakonu. Warto ją od razu, od początku, poznać i pokochać, żeby potem nie męczyć się całowaniem posadzki, spaniem w trumnie (jakieś klaryski to rzeczywiście mają), postem na przykład cztery dni w tygodniu albo myciem bez prysznica. Te szczególiki, tak przy okazji, są na tyle indywidualne i charakterystyczne dla różnych zakonów, że jedne siostry, bywa, nie rozumieją innych. Ot, ostatnio usłyszałam: wynajmowałybyście turystom ten ogromny zakonny dom, niech na siebie zarabia Razz - faaajnie, tylko gdzie tu duchowość karmelitańska? Razz Ano.

Czy siostry cały czas się modlą? Hm. Jeśli modlitwą jest trwanie serca przy Bogu, to... powinny. W praktyce, oczywiście, zakonnice też mają problemy z modlitwą, jak każdy z nas. W teorii mają więcej czasu - ale sama dobrze wiem, że praca potrafi i ten czas pochłonąć, a życie zakonne wcale doby do 25 godzin nie wydłuża. Jest zwykle pewna rezerwa minimalna, określona regułą (brewiarz, posiłki i towarzysząca im modlitwa, Eucharystia i jej modlitewna otoczka, inne przepisane na dzień modlitwy/medytacje). W różnych zakonach będzie to różna ilość (i czas) - i znowu wracamy do tekstu o duchowości.

Czy siostry klauzurowe to już nigdy nie wyjdą zza kraty? Ano, najczęściej wyjdą Razz. Fakt, że nie bez wyższej konieczności, jak lekarz czy... wybory (hihi), ale... warto pamiętać, że klauzura jest schronieniem, nie więzieniem. Zamyka się od środka... - to było dla mnie kiedyś bardzo ważne odkrycie. I nie jest to zamknięcie hermetyczne - przecież i za tymi drzwiami trzeba czasami zrobić poważniejszy remont tego czy tamtego i wymagana jest obecność fachowca, bywa, że w klauzurowych ogrodach pracują cywilni pracownicy... Klauzura to nie słoik wecka, który raz się zamyka i tak już musi być, bo otwarty się zepsuje. Razz To po prostu teren, po którym świat nie powinien się pałętać bez potrzeby. Natomiast o ważności potrzeby (i ścisłości klauzury) decyduje reguła - czyli znowu duchowość.

Co do bajek dotyczących okropności nowicjatu i wszelkich hm faz wstępnych. Hm. Wiem, że są - i ciągle się zdarzają - przeróżne próby i próbki "autentyczności powołania". Nie mi osądzać ich właściwość i zasadność, a moja przeprawa z... psychologią wystarczy mi i za kapustę korzeniami do góry, i za pastowanie masłem schodów. Razz Pomijając tego typu przyjemności, które mogą się przydarzyć: nowicjat może być trudny, bo trzeba uczyć się nowych rzeczy. Nie zawsze tych, na które się ma ochotę. Standardowym przykładem jest mycie toalet - jeśli dziewczynina w domu nigdy tego nie robiła (miała od tego mamę?), będzie to trudne doświadczenie. No ale i w domu ktoś ten kibelek myje... Dla kogoś takim ciężkim przeżyciem może być praca w ogrodzie, dla kogoś użeranie się z dzieciakami w szkole, opieka nad starszą współsiostrą, dla innego kogoś kuchnia...

Innym trudnym przeżyciem może być oderwanie się od własności. Nagle okazuje się, że nic nie masz i niewiele ci się należy. Przywiozłaś "w posagu" nową kołdrę, a dostałaś zupełnie inną, chociażby. Bywa.

I kolejna trudność - niemal całkowita zależność od wspólnoty. Reguła decyduje, o której masz iść spać, przełożeni dopuszczają cię (lub nie) do kolejnych ślubów, zostawiają w zakonie albo każą się pakować do domu. To jest naprawdę ciężkie. Przy całej trudności tego posłuszeństwa warto jednak wiedzieć, że wiele rzeczy i spraw jest "dopuszczalnych" i wiele możesz spokojnie otrzymać, jeśli tylko o to poprosisz - bo nikt zwyczajnie nie wpadł na to, że potrzebujesz kawy przy śniadaniu albo soli do pomidorka i jeśli nie powiesz, będziesz się niepotrzebnie męczyć... chyba że zrobisz z tego wyższy użytek, ale to inna sprawa. Smile

Podsumowując ten przydługi (całkowicie subiektywny) wpis: życie zakonne jest dla szczęścia człowieka. A że szczęście nie zawsze jest łatwe, to inna sprawa.


Post został pochwalony 0 razy
Zobacz profil autora
PostWysłany: Sob 21:12, 12 Maj 2012
Adancia
Administrator
 
Dołączył: 15 Paź 2006
Posty: 989
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 13 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Dokąd.
Płeć: Kobieta





Wczoraj, czyli 11 maja AD 2012, około godziny 11.00 otrzymałam wiadomość, że (jakkolwiek oficjalnie to brzmi) moje podanie o udzielenie mi obrzędu formalnej konsekracji zostało rozpatrzone pozytywnie.

Ustalenia techniczne w toku, wiem już, który biskup został wyznaczony do liturgii, raczej będzie to w katedrze i najprawdopodobniej pod koniec sierpnia lub w pierwszej połowie września 2012.

Cieszę się niewiarygodnie, może lepiej napisać: jestem niemożliwie szczęśliwa, bo zdążyłam już stracić nadzieję, że to się pozytywnie skończy...

Wszystkich czytających upraszam o modlitwę.
Niech to będzie święte. Nie mną - Nim.


Post został pochwalony 0 razy
Zobacz profil autora
PostWysłany: Pią 16:34, 18 Maj 2012
mikes11
Zielony
 
Dołączył: 30 Sty 2012
Posty: 9
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Gorzów Wielkopolski
Płeć: Mężczyzna





Gratulacje! Na pewno będę pamiętać modlitwie. Smile


Post został pochwalony 0 razy
Zobacz profil autora
PostWysłany: Nie 16:48, 20 Maj 2012
Adancia
Administrator
 
Dołączył: 15 Paź 2006
Posty: 989
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 13 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Dokąd.
Płeć: Kobieta






Smile


Post został pochwalony 0 razy
Zobacz profil autora
PostWysłany: Wto 22:04, 22 Maj 2012
mikes11
Zielony
 
Dołączył: 30 Sty 2012
Posty: 9
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Gorzów Wielkopolski
Płeć: Mężczyzna





Chciałbym przyjechać , ale niestety mam za daleko Crying or Very sad Szkoda, ale o modlitwie będę pamiętał. Smile


Post został pochwalony 0 razy
Zobacz profil autora
PostWysłany: Wto 22:08, 22 Maj 2012
Adancia
Administrator
 
Dołączył: 15 Paź 2006
Posty: 989
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 13 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Dokąd.
Płeć: Kobieta





Smile Dzięki, to bardziej potrzebne. :kwiatuszek:


Post został pochwalony 0 razy
Zobacz profil autora
Jak to bywa
Forum Vitam curare Strona Główna -> Powołania
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Wszystkie czasy w strefie EET (Europa)  
Strona 1 z 1  

  
  
 Napisz nowy temat  Odpowiedz do tematu  


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001-2003 phpBB Group
Theme created by Vjacheslav Trushkin
Regulamin