Vitam curare


Forum Vitam curare Strona Główna -> Rekolekcje -> Adwent AD 2010 Idź do strony 1, 2  Następny
Napisz nowy temat  Odpowiedz do tematu Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat 
Adwent AD 2010
PostWysłany: Nie 10:04, 28 Lis 2010
Adancia
Administrator
 
Dołączył: 15 Paź 2006
Posty: 989
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 13 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Dokąd.
Płeć: Kobieta





1 Na początku było Słowo,
a Słowo było u Boga,
i Bogiem było Słowo.
2 Ono było na początku u Boga.
3 Wszystko przez Nie się stało,
a bez Niego nic się nie stało,
co się stało.
4 W Nim było życie,
a życie było światłością ludzi,
5 a światłość w ciemności świeci
i ciemność jej nie ogarnęła.
6 Pojawił się człowiek posłany przez Boga -
Jan mu było na imię.
7 Przyszedł on na świadectwo,
aby zaświadczyć o światłości,
by wszyscy uwierzyli przez niego.
8 Nie był on światłością,
lecz [posłanym], aby zaświadczyć o światłości.
9 Była światłość prawdziwa,
która oświeca każdego człowieka,
gdy na świat przychodzi.
10 Na świecie było [Słowo],
a świat stał się przez Nie,
lecz świat Go nie poznał.
11 Przyszło do swojej własności,
a swoi Go nie przyjęli.
12 Wszystkim tym jednak, którzy Je przyjęli,
dało moc, aby się stali dziećmi Bożymi,
tym, którzy wierzą w imię Jego -
13 którzy ani z krwi,
ani z żądzy ciała,
ani z woli męża,
ale z Boga się narodzili.
14 A Słowo stało się ciałem
i zamieszkało wśród nas.
I oglądaliśmy Jego chwałę,
chwałę, jaką Jednorodzony otrzymuje od Ojca,
pełen łaski i prawdy.


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez Adancia dnia Nie 10:13, 28 Lis 2010, w całości zmieniany 1 raz
Zobacz profil autora
PostWysłany: Nie 17:55, 28 Lis 2010
Adancia
Administrator
 
Dołączył: 15 Paź 2006
Posty: 989
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 13 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Dokąd.
Płeć: Kobieta





Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo.
In the beginning was the Word: the Word was with God and the Word was God.
In principio erat Verbum, et Verbum erat apud Deum, et Deus erat Verbum.
________________________________________

Hm. "apud" - pomiędzy, wśród. Implikuje "zbiorowość" Boga.
"Deus erat Verbum" jest dwustronne. Bogiem było Słowo, a Bóg był Słowem. Herezja? Razz
________________________________________

Zdaje się, że były jakieś heretyckie interpretacje Logosu. Nie znam się na tym, ale...

Chodzi o Słowo - "logiczną zasadę istnienia"? "Porządek"? "Przyczynę"? I tym wszystkim jest Chrystus?

Kilka luźnych chaotycznych skojarzeń.
Po pierwsze jeśli tak, to słusznie się mówi, że Chrystus jest odpowiedzią na wszystkie pytania.
Po drugie, nie może mi się nie kojarzyć milion opowieści o fantastycznych światach, które powstały przez słowo (chociaż to bardziej dabar niż logos) - i o światach, których "zasadą" jest słowo, odczytywane nieustannie na nowo (patrz chyba Ziemiomorze) - takie "ciągłe stwarzanie"?
Po trzecie, wracając na katolickie podwórko, św. Jan od Krzyża. Jeśli istotnie świat był stworzony "dla" Chrystusa i "przez" Niego, to kółeczko nam się zamyka: tylko On może być zasadą, wytłumaczeniem i jedyną logiką, jaką można tu znaleźć. Fakt, zaćmioną i niejasną, zniekształconą (dla nas i przez nas) z powodu grzechu. Jak - o psiakość - jak Jego twarz, jak Jego ciało na krzyżu. I znowu: nawet jeśli: On jeden jedyny mógł to rozplątać. I tylko On jeden jedyny może to - nawet w takim poplątaniu, w niejasnościach, w zniekształceniach - jakoś w logiczną całość poukładać...
Po czwarte - św. Tomasz z Akwinu: nil hoc verbo Veritatis verius. Nie ma nic prawdziwszego niż Słowo Prawdy. Anglicy poetycko przetłumaczyli: Truth Himself speaks truly, or there's nothing true. Jeśli Prawda nie mówi prawdy, nie ma nic prawdziwego. Wybór wydaje się prosty: albo wierzysz Bogu, albo wszystko jest kłamstwem?
Po piąte: jeśli istotnie Bóg jest Słowem, jakie to słowo? I tu mi się kojarzy Apokalipsa (wiem wiem - za dużo Apokalipsy ostatnio!) - "imię Jego na ich czołach". Co oni tam będą mieć "napisane"?
______________________________________

Pytanie za sto punktów: czy ja chcę uwierzyć Bogu? Ja, wrzeszcząca, że świętą być to ja nie mam zamiaru, i niechże On się wreszcie ode mnie z tymi swoimi uświęcającymi zapędami odczepi, bo i tak niczego nad przeciętność ze mnie nie wykrzesze?

Przepraszam, brzydkie zakończenie rekolekcyjnych rozważań. Z dna serca: cholera jasna.


Post został pochwalony 0 razy
Zobacz profil autora
PostWysłany: Pon 18:12, 29 Lis 2010
Adancia
Administrator
 
Dołączył: 15 Paź 2006
Posty: 989
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 13 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Dokąd.
Płeć: Kobieta





Ono było na początku u Boga.
He was with God in the beginning.
Hoc erat in principio apud Deum.
_______________________________________

Wulgata ma rodzaj nijaki "Ono".
I jeszcze to tajemnicze "apud". Implikujące liczbę mnogą: "pośród Boga", a jednocześnie przebywanie "w obecności", "w domu". "Apud" jest ciepłe. Smile
________________________________________

Myślę, że komunią jest Bóg.
Przedziwne to. Żeby była komunia, musi być wielość. Wielość Pełni i Jedność, która wcale nie staje się pełniejsza. Jeden dodać jeden dodać jeden równa się jeden. Jeden jest Pełnią.
Mojej dyskalkulii to nie przeszkadza.
__________________________________________

Jeśli jest coś bardziej niesamowitego niż Tajemnica Trójcy - to tylko tajemnica "rozdarcia" Trójcy. Pozornego i autentycznego zarazem. "Apud", które nigdy nie pękło, nie rozluźniło się. A przecież...

Ojcze, ręce odjęte z Twych ramion spoję z drzewem odartym z zieleni - pisał o TYM Wojtyła.

"Pękło" APUD? Oczywiście, że nie. Tylko realne odczucie pęknięcia. Najdotkliwsze na Krzyżu - czy rozpoczęte już we Wcieleniu?

Bóg "opuszcza" Boga. Jak wyjść z domu w zadymkę. Razz A tak było dobrze i ciepło. Że Mu się chciało.
____________________________________

Opuścić siebie, żeby Go spotkać? Ale jak nie zginąć w zadymce? Gdzie Go szukać? I - jeśli On przyjdzie, a mnie nie będzie w domu?

Przecież jeśli będzie mnie szukał, to u mnie.
Nie, nie opuszczę siebie. Będę czekać. Może przyjdzie...


Post został pochwalony 0 razy
Zobacz profil autora
PostWysłany: Wto 21:03, 30 Lis 2010
Adancia
Administrator
 
Dołączył: 15 Paź 2006
Posty: 989
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 13 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Dokąd.
Płeć: Kobieta





Wszystko przez Nie się stało, a bez Niego nic się nie stało,
Through him all things came into being, not one thing came into being except through him.
Omnia per ipsum facta sunt, et sine ipso factum est nihil, quod factum est.
___________________________________

Wszystkie rzeczy przez Niego uczynione zostały, a bez Niego uczynione nie zostało nic, co zostało uczynione.
____________________________________

Ten werset mówi o Stworzeniu. Ale nie tylko. O wszystkim, co jest "uczynione", co zostało uczynione wczoraj, dziś...

W perspektywie historycznej najłatwiej. Znowu św. Jan od Krzyża i świat stworzony tylko dla Chrystusa i przez Niego. Bez Chrystusa nie byłoby świata. Nie byłoby stworzenia.

Jeszcze coś: w ostatecznym rozrachunku i tak wszystko - dobre czy złe - kręci się na Jego chwałę. To pocieszające - nawet jeśli zatracę siebie, w ostatecznym rozrachunku i tak przyczynię się jakoś do Jego chwały - bo tak już jest i inaczej być nie może.

I to najtrudniejsze: ja też jestem przez Niego. Bez Niego by mnie nie było. Niby oczywiste. Ale idąc dalej: DLACZEGO jestem jaka jestem? [uwaga teren wysokiego prawdopodobieństwa herezji] Jeśli bez Niego nic się nie stało, co się stało, to nie ma przypadków. Czyli co - jestem, bo On mnie chciał, i jestem jaka jestem, bo On mnie tak chciał/tak uczynił? Brrr. Już w odniesieniu do samego wyglądu byłoby to okropne. A charakter(ek)? A połamania i zranienia? A kalectwa i (wrodzone) choroby? Łatwiej założyć, że w procesie tworzenia mnie maczał pazury Nieprzyjaciel... No ale ostatecznie wszystko i tak kręci się na Jego chwałę - więc? [/uwaga]
Nie rozumiem tego. Za trudne.


Post został pochwalony 0 razy
Zobacz profil autora
PostWysłany: Śro 22:24, 01 Gru 2010
Adancia
Administrator
 
Dołączył: 15 Paź 2006
Posty: 989
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 13 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Dokąd.
Płeć: Kobieta





W Nim było życie, a życie było światłością ludzi
in ipso vita erat, et vita erat lux hominum
What has come into being in him was life, life that was the light of men
____________________________________

Amerykańcy poszaleli. I to tak, że pojęcia nie mam, co to ich tłumaczenie mogłoby znaczyć. Ignoruję.

Dlaczego czas przeszły? Dlaczego "było" życie? "Na początku" było? A teraz?
______________________________________

Dobra. Wiem o tym wystarczająco dobrze, żeby to pokornie napisać: w Nim było moje życie. Nie wiem, czy kiedykolwiek zgodzę się na moje życie. Ale wiem, że nie zgadzając się na moje życie, nie zgadzam się na Niego.

Odrzucając moje życie, Jego odrzucam. To jest aż takie proste.

Nie wiem, czy szkoda, że nic z tym nie potrafię zrobić. Chyba nawet żałować tego nie potrafię. Jestem wściekła na moje życie dokładnie tak samo, jak jestem wściekła na Niego. Jestem zbuntowana przeciwko swojemu życiu dokładnie tak samo, jak jestem zbuntowana przeciw Niemu. Te dwa są równoznaczne.

Teoretycznie podejrzewam, że wiem, co powinnam zrobić. Po pierwsze, powinnam przestać wierzgać. Zgodzić się na to moje cholerne życie właśnie takie, jakie jest. Przestać snuć durne marzenia, które i tak nigdy się nie spełnią. Wybaczyć wszystkim, którzy mi to zafundowali. I nawet nie pytać, co dalej.

Nie wiem, czy kiedyś będę w stanie to zrobić. Nie wiem, czy kiedyś będę chciała to zrobić.


Post został pochwalony 0 razy
Zobacz profil autora
PostWysłany: Czw 22:00, 02 Gru 2010
Adancia
Administrator
 
Dołączył: 15 Paź 2006
Posty: 989
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 13 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Dokąd.
Płeć: Kobieta





życie było światłością ludzi, a światłość w ciemności świeci i ciemność jej nie ogarnęła.
vita erat lux hominum, et lux in tenebris lucet, et tenebrae eam non comprehenderunt.
life that was the light of men, and light shines in darkness, and darkness could not overpower it.
__________________________________

comprehendo: schwytać, zaatakować, ogarnąć, zawierać. Ale także pojąć, dostrzec. Tak, myślę, że światło jest dla ciemności niepojęte, nie do ogarnięcia nie tylko fizycznie, ale i hm intelektualnie.
__________________________________

W zasadzie to chyba optymistyczny wers: jeśli "życie" jest "światłem", "ciemność nie ogarnia światła" - czy można założyć, że "ciemność nie ogarnia życia"? I stąd jest zmartwychwstanie?

Światło w ciemności świeci. Czy światło może świecić w świetle - po tej stronie życia? W Niebie pewnie może - tam będzie światło bez cieni, bez ciemności. Myślałam kiedyś o tym tak, że wszelkie przedmioty znajdujące się poza źródłem światła rzucają cień. Ale samo źródło światła nie rzuca cienia. zatem Niebo można porównać do takiego stanu, w którym wszystko znajdzie się w Źródle Światła. I będzie tylko światło, a cieni nie będzie.
___________________________________

No i znowu największa trudność w tym wszystkim: moje życie. Jeśli Pan jest moim życiem, to moje życie jest światłem.
A jeśli nie jest?

Wersje są dwie: albo moje życie nie jest światłem (i to by była tragedia), albo, ewentualnie, jest, ale ja go i tak nie chcę (i to może jeszcze większa tragedia).


Post został pochwalony 0 razy
Zobacz profil autora
PostWysłany: Pią 21:37, 03 Gru 2010
Adancia
Administrator
 
Dołączył: 15 Paź 2006
Posty: 989
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 13 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Dokąd.
Płeć: Kobieta





Pojawił się człowiek posłany przez Boga - Jan mu było na imię. Przyszedł on na świadectwo, aby zaświadczyć o światłości, by wszyscy uwierzyli przez niego.
Fuit homo missus a Deo, cui nomen erat Ioannes; hic venit in testimonium, ut testimonium perhiberet de lumine, ut omnes crederent per illum.
A man came, sent by God. His name was John. He came as a witness, to bear witness to the light, so that everyone might believe through him.
________________________________________

Sesese. Pierwsze skojarzenie lingwistyczne: meum nomen Ioanna est. Razz

Drugie: przecież nomen pochodzi od gnōmen, tego samego "gno", które występuje w gnosco czy co-gnosco. Imię implikuje poznanie.

Zaraza z tymi lingwistami, wiem. Ale może dla mnie języki zrobią to, co dla mądrych teologia - doprowadzą mnie wreszcie do wiary?
__________________________________________

Był człowiek. Miał misję od Boga: przyszedł na świadectwo, przyniósł świadectwo Światłu. Żeby wszyscy uwierzyli.

A ja się zastanawiam, skąd mam wziąć wiarę. Wygląda na to, że bez człowieka ani rusz. Konkretnego człowieka o konkretnym imieniu. Człowieka z misją, posłanego przez Boga, by mi świadczył o Świetle.

Kurcze, chciałabym takiego spotkać. Modlę się o misję ewangelizacyjną. Może za mało, może bez wiary, że przyjdzie - ale naprawdę się modlę.


Post został pochwalony 0 razy
Zobacz profil autora
PostWysłany: Sob 21:18, 04 Gru 2010
Adancia
Administrator
 
Dołączył: 15 Paź 2006
Posty: 989
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 13 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Dokąd.
Płeć: Kobieta





Nie był on światłością, lecz [posłanym], aby zaświadczyć o światłości.
Non erat ille lux, sed ut testimonium perhiberet de lumine.
He was not the light, he was to bear witness to the light.
__________________________________________

Ciekawe rozróżnienie.
__________________________________________

Wiem, ciągle szukam w ludziach światła. I ciągle dostaję w łeb. Bo ludzie nie są światłem. A ja nie umiem tego zaakceptować.

Potworne jest poczucie winy, że obwiniam. To chyba najgorszy potwór, którego obudziła psychoterapia. Nienawidzę siebie, bo obwiniam moich bliskich. Nienawidzę siebie, bo udowodniono mi, że ich nie lubię. Że mam żal, że noszę krzywdę.
I za to jeszcze bardziej nienawidzę siebie.

To nie ma sensu, wiem.
Bóg jest światłem, nie człowiek. Człowiek może najwyżej być posłanym, żeby świadczył o świetle. I czasami świadczy, a czasami nie.

Domyślam się, że chodzi tu o dwie rzeczy.
Po pierwsze, powinnam przestać uważać, że Bóg jest taki jak ludzie. Pewnie, że nie potrzebuję takiego Boga jak mój ojciec (albo jak taki czy inny ktoś). Chociażby - przestać nakładać na Maryję obraz mojej mamy (pewnie, że niepotrzebna mi druga mama taka jak moja mama, zakrzyczałyby mnie we dwie na amen Razz ). Dopiero wtedy mogę ewentualnie przyjąć Boga (z całym tym Jego niebieskim dworem i przyległościami).

Bo ludzie nie są światłem. Oni są tylko posłani. I czasem świadczą, a czasem nie.

Po drugie: powinnam wybaczyć ludziom, że nie są światłem. Moim rodzicom. Wszystkim, którzy nie okazali się światłem przy różnych okazjach - i ja teraz noszę przez to głębsze lub płytsze rany.

Ciekawe tylko, jak to zrobić.


Post został pochwalony 0 razy
Zobacz profil autora
PostWysłany: Nie 19:03, 05 Gru 2010
Adancia
Administrator
 
Dołączył: 15 Paź 2006
Posty: 989
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 13 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Dokąd.
Płeć: Kobieta





Była światłość prawdziwa, która oświeca każdego człowieka, gdy na świat przychodzi.
Erat lux vera, quae illuminat omnem hominem, veniens in mundum.
The Word was the real light that gives light to everyone; he was coming into the world.
________________________________

Uuuu, Amerykańcy znowu poszaleli?
Z komentarza Tysiąclatki: "Ostatnie zdanie poboczne można odnieść bądź do człowieka, bądź do światłości, co jest bardziej prawdopodobne."

lux veniens? Gdyby dotyczyło hominem, imiesłów powinien być odmieniony? venientem czy jakkolwiek?

A więc może tak: Było Światło prawdziwe, które przychodząc na świat oświeciło każdego człowieka.
Pierwsze poważne odkrycie dnia dzisiejszego. Smile
__________________________________

Ciekawe, że Jan nie stawia barier. Każdego człowieka. I nie ma nawet warunku chrztu.

Co prawda, oświecenie nie jest zbawieniem. Razz Myślę o humanistach-niechrześcijanach, "oświeconych" Chrystusem do tego tylko stopnia, do którego pozwolili się oświecić. Myślę o systemach społecznych - jak wyżej. No, może lepszy rydz niż nic. Razz

Na ile Wcielenie oświeciło mnie?
Tak, wiem - też lepszy rydz niż nic. Razz Ale...


Post został pochwalony 0 razy
Zobacz profil autora
PostWysłany: Pon 18:10, 06 Gru 2010
Adancia
Administrator
 
Dołączył: 15 Paź 2006
Posty: 989
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 13 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Dokąd.
Płeć: Kobieta





Na świecie było [Słowo], a świat stał się przez Nie, lecz świat Go nie poznał.
He was in the world that had come into being through him, and the world did not recognise him.
In mundo erat, et mundus per ipsum factus est, et mundus eum non cognovit.
_________________________________________

Czas przeszły. Dotyczy _wcielonej_ obecności Chrystusa w świecie, znaczy? Był na świecie Ten, przez którego stał się świat, lecz świat Go nie poznał.

No, wtedy - jasne. A teraz?
_________________________________________

Dlaczego Jan używa czasu przeszłego?

"Był" w świecie - a teraz gdzie jest? Credo twierdzi, że "siedzi po prawicy Ojca i powtórnie przyjdzie w chwale". Uwielbiacze Relacji mówią, że dalej jest w świecie i mam się z Nim hm zaprzyjaźnić. A jeśli Go nie poznaję - i cóż w tym dziwnego? Przecież tylu Go swego czasu nie (roz)poznało - to moja wina i mój problem.

Dlaczego Jan używa czasu przeszłego?

Bo jeśli On faktycznie siedzi po Prawicy, a ja na świecie (chwilowo) mam tylko sakramenty, Biblię i Kościół, to po co krzyczeć o jakichś relacjach? Trzeba po prostu swoje robić, z nadzieją, że jak przyjdzie, to i na relację przyjdzie pora?


Post został pochwalony 0 razy
Zobacz profil autora
PostWysłany: Wto 21:13, 07 Gru 2010
Adancia
Administrator
 
Dołączył: 15 Paź 2006
Posty: 989
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 13 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Dokąd.
Płeć: Kobieta





Przyszło do swojej własności, a swoi Go nie przyjęli.
He came to his own and his own people did not accept him.
In propria venit, et sui eum non receperunt.
_______________________________________

Propria to więcej niż własność. To chyba rzeczownik zbiorowy, oznaczający to wszystko, co jest moją własnością, ale hm specjalną. Tylko moją. Szczególnie moją. Właściwą mnie i tylko mnie. Naznaczoną pewnymi specyficznymi cechami dlatego, że do mnie należy.
_______________________________________

Do takiej szczególnej własności przyszedł Bóg. A "swoi" - znaczy: "Jego" - Go nie przyjęli. Chociaż należało Mu się jak przysłowiowemu psu przysłowiowa kość.

Myślę: jak bliski mi jest ten Bóg w historii mojego życia. Jak już na początku staje po mojej stronie. Bóg niechciany.

Myślę: dlaczego przyszedł? Przecież wiedział, że Go nie chcą. Ja nie miałam wyboru - ale On miał. I mimo to wybrał przyjście. I odrzucenie.

Myślę: faktycznie, Stasiu, miałaś rację w tym ironicznym komentarzu: Jego przyjście naprawdę skrzywdziło wielu ludzi. Wcale nie było bezbolesne. A jednak przyszedł. Wiedząc, że przez Niego wytłuką betlejemskie dzieciaki, że zabiją Jana Chrzciciela, że pomordują apostołów. Że niektórzy to zobaczą i zrozumieją, a niektórzy będą całe życie w depresji. Albo w ranach.

I myślę, że i w tym nawet nie jestem sama: że On poszedł tak daleko, że i Jego narodziny przyniosły morze cierpienia. (I że - psiakość - nie czuł się winny. A ja?)

Płaczę.


Post został pochwalony 0 razy
Zobacz profil autora
PostWysłany: Śro 21:22, 08 Gru 2010
Adancia
Administrator
 
Dołączył: 15 Paź 2006
Posty: 989
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 13 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Dokąd.
Płeć: Kobieta





Wszystkim tym jednak, którzy Je przyjęli, dało moc, aby się stali dziećmi Bożymi, tym, którzy wierzą w imię Jego
But to those who did accept him he gave power to become children of God, to those who believed in his name
Quotquot autem acceperunt eum, dedit eis potestatem filios Dei fieri, his, qui credunt in nomine eius
__________________________________

Ktokolwiek zaś przyjął Je, dało im możliwość, by dziećmi Bożymi byli uczynieni Smile - tym, którzy wierzą w imię Jego.

Wierzą. Czas teraźniejszy tym razem.
Wiem, że łacina nie lubi strony zwrotnej, ale podoba mi się to fieri - być uczynionym.
_________________________________

Pytanie: co to znaczy "przyjąć Słowo"? Czy jest to równoznaczne z późniejszym "uwierzyć w Jego imię"? No, a nawet - co to znaczy?

Wygrzebałam dziś - w ramach porządków w pracy - jakieś przedwieczne notatki mojego 3razyex dyrektora. Jedna kartka o obrzędach chrztu (z interesujących rzeczy chyba tam było, że kiedyś _zanim_ dopuszczono katechumena do słuchania Słowa, odprawiano nad nim egzorcyzm?) - i chyba ze cztery kartki o wierze.

Co do tego egzorcyzmu - niegłupie. Nieprzyjaciel świetnie potrafi po swojemu tłumaczyć i wciskać - mądre, a jakże - interpretacje. Cholerna inteligencja.

Co do tej wiary. Tam było napisane, że faktycznie, wiara rodzi się ze słuchania Słowa, ale Słowa osobowego. Czyli wiara rodzi się ze słuchania Chrystusa? No, dobrze - ale jak? Szefo zapewne by powiedział, że może bardziej w życiu niż w wyrazach Biblii. Razz

I teraz nie wiem. Bo "słuchać" przede wszystkim znaczy "być posłusznym". I tu mi się zamyka kółeczko. Bo posłuszeństwo wynika z wiary. Jakże może rodzić wiarę?

Tak, wiem. Bóg lubi takie numery. Ot, dzisiaj - Jego stworzenie jest Jego matką. Kompletnie na przekór związkom przyczynowo-skutkowym. Razz

Chciałabym mieć wiarę. Naprawdę bym chciała. Tylko pojęcia nie mam, skąd ją wziąć.


Post został pochwalony 0 razy
Zobacz profil autora
PostWysłany: Nie 21:18, 12 Gru 2010
Adancia
Administrator
 
Dołączył: 15 Paź 2006
Posty: 989
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 13 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Dokąd.
Płeć: Kobieta





dało moc, aby się stali dziećmi Bożymi, tym, którzy wierzą w imię Jego - którzy ani z krwi, ani z żądzy ciała, ani z woli męża, ale z Boga się narodzili.

he gave power to become children of God, to those who believed in his name
who were born not from human stock or human desire or human will but from God himself.

dedit eis potestatem filios Dei fieri, his, qui credunt in nomine eius, qui non ex sanguinibus neque ex voluntate carnis neque ex voluntate viri, sed ex Deo nati sunt.
__________________________________________

Nie z krwi i nie z woli ciała, i nie z woli faceta (kobieta, zdaje się, nic do gadania nie ma?). Tylko z Boga.
___________________________________________

Z czego się urodziłam?

Znamienne: z czego się _urodziłam_, nie "poczęłam".
Oczywiście, że poczęłam się z woli ciała, nie wnikając już, które z moich rodziców miało w tym hm bardziej inicjatywny wkład. Razz Statystycznie rzeczywiście trzeba by stawiać na ojca... Smile
Ale pytanie brzmi: z czego się _urodziłam_. Analizując moją konkretną historię: nikt nie chciał, żebym urodziła się w dniu moich urodzin. Nie ma się co oszukiwać - nikt tego nie chciał, ani w rodzinie, ani wśród lekarzy. W dużym stopniu ze względu na mnie samą: było o jakiś miesiąc za wcześnie.
Nie chciałam chyba także i ja sama. Chociaż z typowym dla mnie uporem i siłą, postawiona w sytuacji kryzysowej, dałam sobie radę z moimi narodzinami o wiele lepiej niż cała reszta mojej rodziny. Co tu kryć.

Kto zatem wybrał mi moją przepiękną (16 października!) datę urodzin, hm? Very Happy Czy - abstrahując na razie od chrztu - czy mogę przyjąć, że moje ludzkie, fizyczne narodziny _były_ z Boga?
Łatwiej by mi było przyjąć, że to Nieprzyjaciel pazury zamaczał. Łatwiej byłoby założyć, że wolą Bożą było, żeby moja mama spokojnie donosiła ciążę i urodziła mnie zdrowo w terminie, a rodzina przyjęła mnie z radością i miłością.

Pytanie, bardzo poważne: czy wolą Bożą jest sielanka, czy krzyż? Czy może krzyż jest "dopustem Bożym"?
Jeżeli - patrz wyżej - Chrystus jest odpowiedzią na wszystkie pytania, odpowiedź jest, niestety, jednoznaczna. "Nie moja, lecz Twoja wola niech się stanie..." - no, _jaka_ wola. Brrr.

Koniec. Dziś nie jestem w stanie przejść dalej w tych rozmyślaniach.


Post został pochwalony 0 razy
Zobacz profil autora
PostWysłany: Pon 21:13, 13 Gru 2010
Adancia
Administrator
 
Dołączył: 15 Paź 2006
Posty: 989
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 13 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Dokąd.
Płeć: Kobieta





No, to dalej.

Wygląda na to, że krzyż jest wolą Bożą. Niestety. Oczywiście, że wcale mi się to nie podoba.

To teraz wszystko jest bardzo proste: mogę albo odrzucić krzyż - co jest najnaturalniejszą na świecie reakcją, kto normalny (z ludzi, z ludzi) szczerze pragnie krzyża? - albo w jakiś niepojęty sposób go przyjąć. Z chrześcijańskiego punktu widzenia odrzucanie krzyża ma kiepskie konsekwencje, czyli w zasadzie opłacałoby się ten krzyż jakoś przyjąć. (Przepraszam za zimne kalkulacje wszystkich kierujących się sercem.) Ewentualnie przejść na protestantyzm, do jakiegoś odłamu głoszącego, że powodzenie życiowe (brak krzyża) jest objawem łaski Bożej. Ta doktryna by mi bardzo pasowała. Razz

Dobra, już poważnieję. Koniec autoironii.

No to mamy tak. Ponieważ w zasadzie opłacałoby się przyjąć krzyż, zatem należałoby przyjąć, że Bóg chciał mojego cierpienia. Przy czym uwaga: nie potępić jakimś cudem Boga. Czyli (uwaga, uwaga, odkrycie pierwsze) NAJPIERW WYBACZYĆ BOGU? Że wybrał krzyż jako narzędzie zbawienia? A przecież mógł wybrać wszystko, chociażby [ironia] tort czekoladowy [/ironia].

No, dobra. Mamy fakty: 1. Bóg wybrał krzyż jako narzędzie zbawienia i 2. Bóg wybrał dla mnie mój krzyż. Ciągle ciśnie mi się słowo "prawdopodobnie", bo naprawdę łatwiej mi wierzyć, że krzyż jest dziełem szatana. No ale dobra: powiedzmy, że chwilowo wierzę, że to Bóg. Powiedzmy, że jestem w stanie Mu to darować. I tu pytanie doktrynalne. Niemal co dzień słyszę, że Bóg powołuje człowieka do szczęścia, realizacji, takich tam. Zakładając, że to ma być logiczne (i że to ciągle ten sam Bóg, Ten od krzyża) - krzyż nie uniemożliwia szczęścia i realizacji człowieka, tak?

Tego to już w ogóle nie rozumiem. Przecież z moim życiem nic się nie da zrobić. Ot, dopracuję do emerytury (albo do śmierci), umrę - i wtedy się zacznie. Nie wcześniej. Wcześniej to będzie tylko krzyż.

Cholera, przecież to logiczne. Na krzyżu się umiera przecież.

No, dobra - więc po co w takim razie te wszystkie gadki o powołaniu do szczęścia i realizacji, jeśli tak naprawdę chodzi o krzyż i śmierć - a zmartwychwstanie, szczęście i realizacja to - jak dobrze pójdzie - w Niebie?


Post został pochwalony 0 razy
Zobacz profil autora
PostWysłany: Pon 22:10, 13 Gru 2010
Adancia
Administrator
 
Dołączył: 15 Paź 2006
Posty: 989
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 13 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Dokąd.
Płeć: Kobieta





No, to jeszcze dalej.

Ponieważ Chrystus jest odpowiedzią na wszystkie pytania (i tego zamierzam się trzymać) - jak to wszystko, co jak najszczerzej wypisałam powyżej ma się do Chrystusa?

Po pierwsze: jak On przyjmuje krzyż. I jak nie buntuje się przeciw Bogu. Po prostu - bierze to cholerstwo na siebie i już. I nie ma pytań.

Jak to się ma do Jego samorealizacji i powołania do szczęścia, hę?

Zgaduję, że szczęśliwy to nie był. Zrealizowany za to bardzo.
No i?

Po drugie. Dla Niego krzyż rzeczywiście trwał do śmierci, a radość była dopiero potem.

Wniosek. Powinnam dążyć do wybaczenia Bogu, że dał mi takie życie. I nie żałować, że nic z nim nie zrobię. Czuć, że to cholerstwo strasznie boli - sekunda po sekundzie - i nie buntować się. I nawet nie pytać ile jeszcze. Wierzyć w ciemno, że to ma jakiś sens i nie usiłować go zobaczyć. Nie marzyć o wydarzeniach, które nigdy nie nastąpią. Przyjąć konkrety, jakie mam, i robić z nimi co najlepszego potrafię - i nie chcieć więcej?

I wierzyć, że po śmierci On coś z tym zrobi?

O to chodzi w chrześcijaństwie?


Post został pochwalony 0 razy
Zobacz profil autora
Adwent AD 2010
Forum Vitam curare Strona Główna -> Rekolekcje
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Wszystkie czasy w strefie EET (Europa)  
Strona 1 z 2  
Idź do strony 1, 2  Następny
  
  
 Napisz nowy temat  Odpowiedz do tematu  


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001-2003 phpBB Group
Theme created by Vjacheslav Trushkin
Regulamin